powrót

Tomasz Sulej - Nawrócenie punka

Na imię mam Tomek. Kiedy miałem 17 lat zacząłem trochę głębiej zastanawiać się nad tym, co dzieje się dookoła mnie. Taki wiek sprzyja podejmowaniu różnych radykalnych decyzji, tak więc zaangażowałem się w subkulturę punk. Muzyka odgrywała dla mnie ogromną rolę. Mój świat kręcił się wokół koncertów i wspólnego spędzania czasu z kolegami, którzy myśleli podobnie jak ja. Gdy usłyszałem pierwszy utwór zespołu Kryzys - była to 'Telewizja' - doznałem prawdziwego olśnienia. Wiedziałem już czego chcę w życiu. To było takie proste, a zarazem niesamowite. Szybko przekonałem się, że jest więcej takich fajnych utworów, a do tego jest więcej grup grających taką muzykę. Poznałem wiele zespołów grających muzykę alternatywną: Tilt, Dezerter, W.C., Deadlock, Kult, a potem kultową grupę Brygada Kryzys. W miarę upływu czasu stawałem się "dojrzalszy". Moje zainteresowania muzyczne poszerzyły się. Zacząłem słuchać The Clash (to był mój ulubiony zespół - z tych zagranicznych), Joy Division, Bauhaus. I kto wie jak dalej potoczyłoby się moje życie gdybym pewnego razu nie zapytał mojego kolegi co właściwie chodzi z tym... Babilonem, o którym śpiewała Brygada Kryzys.

Tak, Brygada Kryzys śpiewała utwór pt. 'Babilon upadł'. Dowiedziałem się wtedy, że Babilon to jakieś starożytne państwo, o którym można przeczytać w Biblii. Pewnego razu spotkałem w mieście starszego pan, który na takim małym stoliku turystycznym sprzedawał Biblie i różne książki religijne. Wtedy właśnie kupiłem od niego swoją pierwszą Biblię.

Odnalazłem wszystkie fragmenty dotyczące Babilonu (aż trudno uwierzyć, że poszło mi to tak sprawnie). Pomyślałem, że skoro już to zrobiłem i gdy mam w swoje Pismo Święte, to warto by było, abym przeczytał je całe. Tak zaczęła się moja przygoda z Jezusem. Niestety, nie wszystko od tej pory układało się tak dobrze, jak bym sobie tego życzył.

Moi rodzice starali się wychować mnie na porządnego człowieka, tak więc przede wszystkim zależało im na tym, abym był wierzył w Boga i praktykował moją wiarę. Ja jednak, od momentu, kiedy zacząłem myśleć bardziej samodzielnie, nie mogłem pogodzić się z pewnymi rzeczami, w które wierzyła i praktykowała moja rodzina. Stosunkowo wcześnie przestałem chodzić do spowiedzi. Pamiętam, że kiedyś poszedłem do księdza i powiedziałem mu, że nie spowiadałem się już 3 lata. Poprosiłem go, aby pomógł mi się wyspowiadać. Powiedział mi, że nie rozumie mojego problemu.

Co ciekawe, to że byłem punkiem nie przeszkadzało mi chodzić do kościoła. Niestety, nie mogę powiedzieć o sobie, że byłem człowiekiem głęboko wierzącym. Rodzice wychowali mnie na człowieka religijnego, ale moja wiara w zasadzie była raczej pewnego rodzaju miksem różnych wiadomości o Bogu, kościele i praktykach religijnych.

Pewnego razu spotkałem kolegę, który kiedyś był hipisem. Tym razem wyglądał na kogoś zupełnie innego. Był ubrany "normalnie", włosy miał krótkie. Znaliśmy się od dawna. Dał mi zaproszenie na jakieś spotkanie religijne, które miało być prowadzone w jego kościele. Miało dotyczyć ono proroctw Apokalipsy. W związku z tym, że już od pewnego czasu czytałem Biblię, postanowiłem tam pójść. (Gdyby nie jego zaproszenie, to chyba bym się nie zdecydował na pójście na takie spotkanie, mimo, że w całym mieście było mnóstwo plakatów reklamujących te programy.) Spotkania bardzo mi się spodobały, zwłaszcza, że to o czym tam się dowiedziałem, pokrywało się z moimi przemyśleniami związanymi z lekturą Pisma Świętego. Ale nie mogłem zdecydować się na to, by poważniej potraktować chrześcijaństwo, zwłaszcza w takim wydaniu. Wydawało mi się, że ludzie ci zbyt poważnie traktują te sprawy. Wtedy akurat poznałem nowych kolegów z Trójmiasta (sam pochodzę ze Słupska) i szkoda mi było zostawiać takiego stylu życia, który tak bardzo mi się podobał. Zdawałem sobie sprawę, że pójście na całość za Bogiem pociągnęło by za sobą spore konsekwencje - prawdopodobnie utratę moich dotychczasowych przyjaciół, picie, marihuanę i tego typu sprawy. (Mogę tu dodać, że mniej więcej wtedy rozpocząłem współpracę z grupą W.C. Chociaż to był raczej epizod, ale dosyć istotny dla mnie - miałem grać u nich na saksofonie.)

Po roku zmagań z samym sobą czułem, że Bóg stawia przede mną alternatywę: Jezus albo dotychczasowe życie. Byłem na pewnym spotkaniu, gdzie prowadzący opowiadał o tym, czym dla Boga są nasze dobre uczynki. Ja właśnie uważałem, że jeśli nie kradnę, nie morduję, nie gwałcę, etc., to jestem w porządku. Tak rozumiałem chrześcijaństwo. A tu nagle dowiedziałem się, że moje "dobre" czyny i moje dobre mniemanie o mnie samym jest dla Boga jak zabrudzona, zakrwawiona, śmierdząca szmata (Iz 64, 5: My wszyscy byliśmy skalani, a wszystkie nasze dobre czyny jak skrwawiona szmata. My wszyscy opadliśmy zwiędli jak liście, a nasze winy poniosły nas jak wicher). O, to było dla mnie prawdziwym szokiem! Na szczęście okazało się, że jest wyjście z tej beznadziejnej sytuacji. Jest nią Jezus Chrystus, Jego ofiara na krzyżu. Przyjąłem Go jako swojego osobistego Pana i Zbawiciela. To było w 1987 roku.

W domu zaczęły się kłopoty. Rodzice stwierdzili, że mają teraz ze mną większy problem niż wtedy, gdy przychodziłem do domu pijany, gdy moja mama płakała z powodu moich włosów i mojego sposobu ubierania się. Powiedzieli mi, że woleliby abym był ateistą, niż miałbym wierzyć tak jak teraz. Było mi niesamowicie przykro, ponieważ liczyłem na ich zrozumienie. Moje życie wewnętrzne zaczynało się układać, ale za to w domu atmosfera psuła się z dnia na dzień. Do tego moi koledzy uważali, że musiałem ostatnio palić za dużo marihuany i trochę mi "odbiło". Pocieszali się, że niebawem powinno mi przejść. Przyznam, że nie było mi łatwo w takiej sytuacji. Najtrudniej było mi patrzeć na łzy mojej mamy, która potrafiła przepłakać całą noc. Rodzice często robili mi awantury. Chowali przede mną Biblię i książki religijne. Ostatecznie pozostawili mi Nowy Testament. Nigdy przedtem czytanie Pisma Świętego nie było dla mnie takim przeżyciem. Jezus był naprawdę kimś bliskim dla mnie, realnie obecnym w moim życiu. W 1988 roku przyjąłem chrzest.

Mimo tych wszystkich kłopotów w domu nie przestałem kochać rodziców. Wręcz przeciwnie; wiedziałem że wszystko co robią, robią dla mojego dobra. Tak przynajmniej im się wydawało. Bóg dawał mi cierpliwość i pocieszenie. Również inni pocieszali mnie, mówiąc, że to się zmieni. I rzeczywiście. Mimo tych wszystkich kłopotów w domu nie przestałem kochać rodziców. Wręcz przeciwnie; wiedziałem że wszystko co robią, robią dla mojego dobra. Tak przynajmniej im się wydawało. Bóg dawał mi cierpliwość i pocieszenie. Również inni pocieszali mnie, mówiąc, że to się zmieni. I rzeczywiście.

Czas biegł do przodu. Poszedłem na studia (wychowanie muzyczne). Jednak w pewnym momencie poczułem coś, co niektórzy nazywają powołaniem. Przerwałem studia i poszedłem do seminarium. Naukę w seminarium ukończyłem w 1993 roku. Na ostatnim roku ożeniłem się. Później razem z Karoliną (moją żoną) studiowaliśmy na Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie. Studia na ChAT-cie ukończyłem w 1997 roku. Tak więc mniej więcej wygląda mój chrześcijański "życiorys".

Na koniec chciałbym dodać jak niesamowite jest życie z Jezusem. Przede wszystkim Jezus dał mi zbawienie i to nie kiedyś - ono już teraz jest moją rzeczywistością. Tak, jestem pewien swojego zbawienia. Nie wynika to z zarozumialstwa; Jezus powiedział, że moje zbawienie "dokonało się", ono jest niepodważalnym faktem. Nie zależy ono od tego ile dobrych czy złych czynów popełniłem w życiu. Ono jest bezcennym darem z Bożej łaski dla zgubionego, ale odkupionego grzesznika (patrz Ef 2,8.9).

Jezus jest również moim pokojem. Choćby nie wiem co działo się dookoła, mogę mieć pewność, że On przeprowadzi mnie przez wszystkie trudności życia. Jest On również moim życiem i zmartwychwstaniem. Nawet jeśli umrę, to wierzę, że gdy wróci, to obudzi mnie ze snu śmierci i zabierze do siebie. Jezus dał mi radość z życia. Widzę teraz sens mojej egzystencji na ziemi, widzę moje powołanie do tego, by opowiadać innym jakiego Przyjaciela znalazłem w Jezusie.

Wierzę, że Jezus nie może doczekać się spotkania ze mną. Wiem, że wkrótce przyjdzie, aby położyć kres historii grzechu na naszej biednej ziemi. Wtedy zobaczę się z Nim i powiem Mu: "Pan mój i Bóg mój". A czy Ty też tam będziesz? Jeśli nie jesteś pewien, albo chciałbyś dowiedzieć się czegoś więcej na temat życia z Bogiem, po prostu do mnie napisz. Niech Bóg Cię błogosławi!

kontakt z autorem 
Tomasz Sulej

tomsu@own.pl

Chmura tagów

Czytelnia Świadectwa