Gdzieś około dziesiątego dnia ja zacząłem robić powrotny marsz do jednostki wojskowej. W tym czasie byłem bardzo głodny. Dziesięć dni niczego jeszcze nie jadłem. Od momentu, kiedy mnie tutaj wyrzucili nie jadłem niczego. Myślałem jak wrócę do tych soboli, to zacznę jeść te sobole. Zauważyłem że w lesie są kuropatwy, te ptaki są wielkości kurczaków i one latają. Za­cząłem modlić się, mówię: „Panie Jezu daj mi tego kurczaka, ja chcę bardzo jeść”, zacząłem prosić tak w prostocie, jak ja to rozumiałem. Próbowałem je łowić, ale to nie było łatwe. Zrąbałem taką długą tyczkę i tą tyczką robiłem próbę, na jaką odległość ten ptak dopuści mnie do siebie. Mniej więcej na 10 metrów kuropatwa pozwalała mi podejść do siebie. Zauważyłem że takiej długości potrzebna mi jest tyczka, abym mógł upolować kuropatwę. Do tej tyczki w samym końcu założyłem pętlę zrobioną z kory cienkiego drzewa. To wszystko robiłem z modlitwą.

Po raz pie­rwszy, gdy polowałem na tą kuropatwę, pętlę trzymałem nad głową; kuropatwy około 40 minut. Ptak nie uciekał, a ja się modliłem, tylko dotknę a ptak ucieka, ja tak długo do tego się przygotowywałem. Mówię w modlitwie Panie daj mi to mięso, ja tak bardzo chcę jeść. U mnie ręce drżały, czuję że opadam z sił, tą tyczką dotykam już do głowy ptaka, myślałem że on ucieknie. Ptaki te mają swoje zasady, przed fruwaniem, on wyciąga szyję, a ja tego nie wiedziałem. Ptak wyciągnął szyję i prosto w tą pętlę, a ja zaciągnąłem tą pętlę i złowiłem pierwszą kuropatwę, później upolowałem takich ptaków bardzo dużo. Jadłem surowe mięso, jadłem mrożone mięso. Mrożone rozrzynałem na małe kawałki i zjadałem. Od takiego mięsa można zacho­rować. No, ale jak widzę błogosławieństwo Boże to nie zachorowałem.

Po rozpoczęciu marszu powrotnego do jednostki, mniej więcej gdzieś po dobie mojego marszu, zauważyłem nad rzeką domki myśliwskie. Z nich korzy­stali myśliwi, którzy od czasu do czasu przyjeżdżali tu do tajgi polować na sobole. Gdy zaszedłem w pierwszy domek, to tam były suchary, była herbata, była tam świeca, drewno i zapałki. Można było zapalić ogień. To dla mnie był cudowny hotel jakiego ja w życiu jeszcze nie miałem. Lepszego hotelu od tego ja nie pamiętam. Skłoniłem kolana i tak bardzo Bogu dziękowałem mówię: „Panie Jezu jest dach nad głową, jest maleńki piecyk”. Tam stał stolik, a na tym stoliku taki napis.,... Podróżniku gdy ty zajdziesz do tego domku, zostaw pozostałe produkty swoje, zostaw suche produkty żywnościowe, wygaś ogień, zo­staw porządek i podróżuj dalej.

W czasie dalszej podróży takich domków spo­tkałem wiele na mojej długiej dalekiej drodze. W każdym jednym domku był taki sam napis. A na dole ja pisałem. Ja żołnierz armii rosyjskiej wywieziony do tajgi na śmierć dziękuję wam. Wy tym domkiem i zapałkami uratowaliście mi życie. Wierzę że ten mój napis wielu ludzi tam czytało. Mnie teraz wielu ludzi zaprasza abym ja przyjechał do Azerbejdżanu. Jeszcze w tym roku mamy jechać do Azerbejdżanu i tam prze­prowadzać wielkie Ewangelizacje. Chcę o tym mówić ludziom. My wiele razy widzimy, że przez takie świadectwa Bóg przemawia do grzeszników i ich zbawia.

Są tacy, którzy dzwonią do Kijowa, pytają o historię mojej choroby. Pytają się czy mogą dowiedzieć się co w 1982 roku działo się z Frańczukiem Pawłem. Tam im odpowiadano; „uzdrowienie otrzymał na podstawie religijnych wyznań i wiarę w Boga”. Niektórzy mówią jakby to się nie działo, jak byśmy nie dowie­dzieli się o tym, to byśmy i nie uwierzyli. Ludzie tłumnie idą do zbawienia, zobaczyli że to Bóg uczynił taki cud w moim życiu. Powiem wam nikt tego odrzucić nie może, bo tam w konsylium zasiadało 12 ludzi, oni swoimi podpisami poświadczyli tą prawdę. Nikt tego odrzucić nie może, ani zmienić, ani też zniszczyć nie może. Tych 12 ludzi jednoznacznie podpisało i oni to poświadczają że wszystko to się ze mną działo. Tym sposobem Pan mnie uratował i zbawił.

W Tajdze też były takie chwile, wiosną ja wychodziłem na takie polany, stopniał już śnieg. Tam były całe stada ptaków, jak indyki. One wybierały z pośród siebie takich przywódców do walki w pojedynkę, I tak zabijały się aż na śmierć, zwycięzcy stado zwyciężało i przeganiało stado poko­nanego. Ja siadałem w nie widocznym miejscu i czekałem na koniec tej walki. Po tej walce wychodziłem i zbierałem to mięso, i wtedy miałem co jeść.

W tajdze miałem też spotkanie z rysiem staliśmy naprzeciw siebie w odległości około 15 metrów. My tak staliśmy naprzeciw siebie około 2 godzin, patrzyliśmy jeden na drugiego. Ja do tego zwierza mówię; „W Imieniu Pana Jezusa Chrystusa odejdź stąd” a on stoi i patrzy na mnie. Ryś to takie zwierzę, które w każdym czasie może rzucić się na czło­wieka, i od niego ratunku nie ma, u mnie nie było broni żadnej. Po prostu Pan Jezus ratował i zbawiał. Jeżeli by Pan Bóg nie szedł w przedzie, ja bym dawno zginął. Na pewno was ciekawi mój powrót do jednostki i reakcja oficerów na mój powrót.

W lipcu w końcu lata wróciłem do jednostki wojskowej. Byłem z brodą, zarośnięty cały, w ogóle się nie goliłem, kąpałem się w rzece, nie było trudno to robić, bo latem wody było dużo. Jak wchodziłem do jednostki, było u mnie 50 skór sobolowych. Żołnierze, którzy stali na kontrolnym punkcie mówią stój dokąd idziesz. Chciałem przejść ten punkt kontrolny. Obróciłem się, żeby oni mnie poznali i mówię 'Mułła' wrócił. Jak tylko wypowiedziałem słowo 'Mułła' to było wszystko. Ja już na nogach nie szedłem. Ci żołnierze mnie wzięli na ręce i nieśli na rękach. Wnieśli mnie do jednostki woskowej, z wie­lkim szumem i krzykiem: ktoś krzyczał „bohater wrócił”, ktoś krzyczał „Frańczuk wrócił” inny krzyczał 'Mułła wrócił, kto jak chciał tak i krzyczał.

W czasie tego wielkiego szumu i krzyku z kancelarii wyszli oficerowie. Podeszli, popatrzyli, im bardzo było wstyd, a ja czułem się jako zwycięzca. Mnie było bardzo lekko patrzeć im w twarz. Stanął przed nimi ten, którego chcieli zniszczyć i zabić, ale nie mogli. Jeden z oficerów mówi nam nieładnie przed tobą, ty nam przebacz. Mówi mi, że my z tobą żartowali, my za tobą wrócili. Mówię towarzysze oficerowie nie zajmujcie się kłamstwem. Wy jeszcze w tym wszystkim i kłamcami jesteście. Wy wiecie że ja nigdzie nie mogłem pójść, ja. zna­jdowałem się tam na tym miejscu. Było bardzo zimno, ja nie mogłem odejść nigdzie na bok. Zatrzymałem się i czekałem, że wy po mnie wrócicie, ale wy nie wróciliście.

O jak wstyd było tym ludziom, jak silnie oni się wstydzili. Tym bardziej że oni powiadomili moich rodziców, iż ja zaginąłem bez wieści, żołnierzom powie­dzieli, że ja gdzieś przepadłem, i że mnie nikt znaleźć nie może. A ja wrócił do tych samych żołnierzy. Żołnierze całymi dniami i nocami słuchali, abym im opowiadał: gdzie byłem i co się ze mną działo, jak ja przeżywałem i jak Bóg mnie od tego wszystkiego ochronił.

Żołnierze byli tym wszystkim co opowiadałem wzburzeni, mówili że tych oficerów trzeba rozstrzelać. A ja mówię nie trzeba ich też trzeba miłować. Ci oficerowie podeszli do mnie i mówią, a co ty przyniosłeś z sobą, u ciebie tak dużo skór, ja odpowiadam skóry sobolowe przyniosłem. To może ty ich nam sprzedaj na kołnierze dla naszych żon. Oficerowie zakupili u mnie te skóry zapłacili po 100 rubli za jedną, około 5000 rubli zapłacili mi za te skóry. Miałem za co i z czym przyjechać i z rosyjskiej armii, i miałem za co pokupić sobie rzeczy, a także jak to się mówi, miałem za co ożenić się. Wtedy nie pracowałem, te 5000 rubli to wtedy były wielkie pieniądze, bardzo Bogu za to dziękowałem. Od czasu, kiedy wróciłem do jednostki oficerowie już mi nie dokuczali, nikt mnie już nie zaczepiał.

Tak konkretnie powiedzieli żeby temu człowiekowi już nie dokuczać. Oni wiedzieli, że encefalitne kleszcze zrobiły swoją robotę i mnie wkrótce spotka tak wyczekiwana przez nich śmierć. Te kleszcze, które mnie pokąsały, były takie szare, małe, a tył ich był pomarańczowy. W tej części pomarańczowej znajdowała infekcja choroby encefalitu. Ten kleszcz to taki owad, jak lezie po ciele, to wydziela taką pianę jak narkotyk. Człowiek nie czuje, że po ciele pełznie kleszcz. On wchodzi w miękkie części ciała j i kiedy już wejdzie, pije krew, to dopiero zaczynasz odczuwać, że on jest.

Próbujesz go wyciągnąć, ale nie możesz, jego głowa znajduje się już w twoim ciele. Można tylko tą tylną część oderwać, ale tam jest rana i ta infekcja encefalitu wejdzie w tą ranę i powstaje zakażenie. Nikt nie może uchronić się od tych, jadowitych kleszczy, a jak ta infekcja popada w organizm człowieka, to nie ma ratunku u ludzi. Tylko Bóg uzdrowi.

Moja służba była w latach 1974 – 1976r. W roku 1976, ja mogłem chodzić samowolnie do przyjaciół w Azerbejdżanie. Tam wiele kobiet starszych mnie znało. Chodziłem do nich i my tam wzosiliśmy modlitwy do Boga. W końcu postanowiłem złożyć dokumenty do Instytutu Kolejowego Transportu w Chabarowsku. Do Chabarowska z jednostki wojskowej było około 4 godziny jazdy pociągiem. Miałem ukończone Kolejowe Technikum Budowy Mostów i Tuneli, zdałem egzaminy, otrzymałem przeniesienie do rezerwy i w miesiącu wrześniu, pojechałem się uczyć w Chabarowskim Instytucie Kolejowym. Trochę wcześniej pojechałem do domu, gdy wróciłem z domu to pojechałem do Instytutu. Byłem na Ekonomicznym fakultecie, po dwóch latach ode mnie zażądali, abym ja zapisał się do Komsomołu. Nie dałem zgody, odmówiłem postanowiono mnie skreślić z listy studentów. Przeniosłem się jednak, do Dniepropetrowskiego Instytutu na zaoczny wydział, tam pouczyłem się jeszcze dwa lata i znowu te same problemy z ateistycznym komsomołem. Znowu przenoszę się tym razem w Kijowski Instytut. Takim sposobem ja zakończyłem Kijowski Instytut Ekonomiczny o specjalności, Specjalista Budowy Mostów i Tuneli Kolejowych. Dyplomu mi nie wydali, bo ja nie jestem komsomolec. Dyplom jednak obroniłem. Taka krótka historia mojego życia. Zauważam że czas płynie szybko i wam trzeba już iść do domu. Niech was Bóg Błogosławi.

 

JEZUS CHRYSTUS WCZORAJ DZISIAJ I NA WIEKI JEST TEN SAM
 

Pierwsza Poprzednia 1 2 3 4 Następna Ostatnia

Cytat dnia

"Widzieliśmy też tam olbrzymów (...) i wydawaliśmy się sobie w porównaniu z nimi jak szarańcza, i takimi też byliśmy w ich oczach" Tak, oni widzieli olbrzymów, ale Kaleb i Jozue widzieli Boga. Niewiara mówi: Nie możemy iść, ale wiara powiada: Pójdźmy i posiądźmy ziemię. Olbrzymi są obrazem wielkich trudności i znajdują się wszędzie. Znajdujemy ich w swej rodzinie, w naszym społecznym życiu, w Kościele, w naszych własnych sercach. Często spotykamy ich też na drodze spełniania naszych powinności. I albo ich pokonamy, albo staniemy się ich zdobyczą... Mężowie wiary mówili: Nie bójcie się ludu tej ziemi, bo jak chlebem nakarmić się nimi możecie, co oznacza że ich obecność okazać się może dla nas bardziej korzystna, niż gdyby ich tam nie było. Nie bójmy się tych olbrzymów spotykanych na swojej drodze. Nie potrzeba nam specjalnego uzbrojenia, aby z nimi wygrać. Dawid wyszedł walczyć z Goliatem wyposażony w procę i kilka kamyków. Nie potrzebna nam silnej, wielkiej wiary, wystarczy wiara mała jak ziarno gorczyczne... Każdy potrafi tak wierzyć." 4 Moj. 13,33

Transmisja nabożeństwa

Lista transmisji

  • KZ w Wejherowie - niedziela 10.30

(alternatywny link)

(link dla osób ze słabym wzrokiem)

Losowy utwór

Ku Tobie, Boże mój, ku Tobie wzwyż!

Świadectwa