powrót
Ocalenie Śląska Cieszyńskiego - zdjęcie

Ocalenie Śląska Cieszyńskiego

W kalendarzu Śląskim, rocznik 1999, wydanym w Czeskim Cieszynie znalazł się artykuł „Pierwsze alarmy w Trzyńcu” Jana Brody (Trzyniec to wielka hutnicza aglomeracja). Autor opisuje w szczegółach, jaka była wrzawa w całej hucie, a zwłaszcza wśród kierownictwa. Alianci zrzucili ulotki o bombardowaniu Trzyńca z podaniem terminu. Kiedy naprawdę przychodziły meldunki ze Słowacji, że alianckie bombowce lecą i mają kierunek północny, to Trzyniec truchlał. Ogłoszono alarm lotniczy, pracę przerwano, służby zajęły posterunki, pracowników napędzano do schronów. W określonym czasie, trochę opóźnione, nadlatują trzy eskadry po 50-ciu nad Trzyniec, zakołowały nie tracąc wysokościowego pułapu i odlatują w kierunku północno-zachodnim. Spadły tylko trzy bomby, jedna na wschodzie Trzyńca na Barku, druga na Podlesiu w Końskiej na Trombikowym polu, a trzecia - słabszy huk późniejszy, jakby coś ciężkiego wpadło do gnoju. Rozedrgane niebo ucisza się, a ziemia zaczyna odżywać, co było przymknięte podnosi się i prostuje. Jeden pracownik powiadał, że trwało to tak krótko, że nie dało mu się zdrzemnąć w schronie. Przy tym nalocie zostały zbombardowane chemiczne zakłady „Ruetgersa” w Ostrawie (to treść artykułu).

W zakładach huty trzynieckiej pracowało dużo ludzi, których Bogiem był Bóg Wszechmogący. Jednym z pomiędzy tych wielu, którzy się modlili w tej sprawie do Boga, był Józef Konderla z Wędryni (sąsiadująca wioska Trzyńca). Otrzymał on odpowiedź od Boga, że żadna bomba nie spadnie na Trzyniec. W określony, zapowiedziany dzień nalotu tak był wewnętrznie napełniony radością, że wyszedłby na najwyższy komin w Trzyńcu i krzyczał na całe gardło, że żadna bomba nie spadnie na Trzyniec. Kiedy był ogłoszony alarm i wszyscy byli powinni byli iść do schronu, J. Konderla pozostał na miejscu pracy i kiedy kierownik działu zapytał go o przyczynę takiego poczynania, ten odpowiedział, że żadna bomba nie spadnie na Trzyniec. Kierownik, słysząc to, pokazał palcem na czoło, czyli dał do zrozumienia, że jest głupcem.

Po wojnie jeden z lotników w/w eskadry w wywiadzie, który się ukazał powiedział: „Co za ludzie mieszkają na tym terenie? Trzykrotnie mieliśmy zbombardować Trzyniec i nigdy go nie znaleźliśmy”. Jest to dowód Bożej wierności wobec Swojego przyrzeczenia. Przy wyżej wspomnianym nalocie dzień był jasny, niebo czyste, słońce jasno świeciło, było to w godzinach dopołudniowych.

Kiedy zbliżał się koniec wojny (styczeń 1945) front wschodni przesunął się na teren Śląska Cieszyńskiego. Po wyparciu Niemców (ofensywa styczniowa) z Kielc, Częstochowy, Krakowa i Katowic wydawałoby się, że kwestią dni będzie opanowanie Śląska Cieszyńskiego (to, co piszę to piszę na podstawie artykułu Gustawa Żlika w czasopiśmie „Głos Ziemi Cieszyńskiej” z dnia 5 maja 1995 r.). Dowództwo IV Frontu Ukraińskiego, na którego czele stał gen. Iwan Pietrow postawiło sobie dwa podstawowe cele, pierwszy - zdobycie Bielska i całego Podbeskidzia, rejonu Strumienia i Zebrzydowic, co otworzyłoby drogę do zagłębia Ostrawsko-Karwińskiego i utorowanie sobie drogi przez Bramę Morawską. Moskwa wyznaczyła termin nowej ofensywy na 10 marca 1945 r.

W punkcie radzieckiego dowodzenia, w przeddzień planowanej ofensywy wszystko zapowiadało się na dobrze przygotowane. 10 marca rozszalała się śnieżna burza, zadymka ograniczała widoczność do 100 m. W tej sytuacji, przygotowanie artyleryjskie, które miało poprzedzić atak piechoty nie mogło dać spodziewanych rezultatów. Nie mogło również wesprzeć natarcia lotniczego. Gen. K. Moskalenko, wyrażając opinię współpracujących z nim dowódców artylerii i lotnictwa, zwrócił się zatem do dowódcy Frontu gen. I. Pietrowa, by ten zadzwonił do Moskwy, by uzyskać zgodę na odroczenie ofensywy. Gen. Pietrow utrzymał jednak rozkaz naczelnego dowództwa w mocy i natarcie się rozpoczęło w wyznaczonym terminie. Artyleria strzelała więc na chybił trafił, samoloty nie wystartowały. Czas mijał, a atakujący nie posunęli się ani kroku. Kiedy Stalin dowiedział się o nieudanej ofensywie obrugał Pietrowa jak sztubaka, zarzucił mu wiele niedociągnięć, za słabo zorganizowane przygotowanie, za przeciek informacji. Dowództwo nie odwołało ofensywy, lecz nastąpiła ona 17 marca. Przez 8 dni toczyły się walki, a z góry zaplanowany postęp 15 km na dobę, praktycznie odbywał się tylko na niektórych odcinkach o kilka kilometrów. Zdaniem gen. K. Moskalenki „...na żadnym froncie 1944 roku, a tym bardziej 1945 roku nie zdarzyło się nic podobnego”.

Front się ustabilizował na linii Strumień - Chybie - Ochaby - Skoczów -Górki - miejscowościach podgórskich. Kozłem ofiarnym, który poniósł konsekwencje za fiasko marcowej ofensywy stał się gen. I. Pietrow, odwołany 17 marca z funkcji dowódcy Frontu. Zastąpił go gen. Andriej Jeremienko. Nie zmieniło to jednak w niczym sytuacji, front ani drgnął.

Ostatni etap walk na ziemi Cieszyńskiej odbył się na przełomie kwietnia -maja. W tym czasie wojska IV Frontu Ukraińskiego kontynuowały zadania zaczepne i opanowały jedną miejscowość po drugiej w pierwszych dniach maja. Dodajmy jeszcze, że Cieszyn został zdobyty bez jednego wystrzału. Tyle tylko, że wycofując się hitlerowcy wysadzali wszystkie mosty. Wyżej wspomniany artykuł jest streszczony, a ostatnie zdanie dosłowne.

Jeszcze dołączę jeden komentarz, dlaczego front na wysokości Skoczowa nie mógł ruszyć z miejsca, aż do okresu przed kapitulacyjnego. Po zakończonych działaniach wojennych doszła nas taka informacja: „Pewien wyższy rangą dowódca wojsk radzieckich miał zamiar podjąć działania ofensywne i prowadził front przez Śląsk Cieszyński, gdy zobaczył w widzeniu anioła, który rozciągnął swe ręce, chroniąc w ten sposób kraj. Dowódca zaniechał poprzedniego zamiaru”.

Śląsk Cieszyński został rzeczywiście ocalony od działań wojennych. Nastąpiły tylko drobne uszkodzenia domów od pocisków artyleryjskich lub granatników.

Andrzej Byrt