powrót

Wąska droga do życia wiecznego

W Ewangelii według Mateusza, 7:13–14, czytamy następujące słowa: „Wchodźcie przez ciasną bramę; albowiem szeroka jest brama i przestronna droga, która wiedzie na zatracenie, a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą. A ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do żywota; i niewielu jest tych, którzy ją znajdują”. 

W 1973 roku, sześć lat po rozpoczęciu przebudzenia, ciężko zachorowała nasza najmłodsza współpracownica, Zuluska, Lidia Dube. Przebywała ona w niedużym szpitalu przy misji Kwasizabantu, gdzie dużo i usilnie modlono się o nią. Jednak wszystkie nasze modlitwy nie pomagały. Chorej było coraz gorzej i gorzej. Widząc, że dalej tak być nie może, wezwałem do siebie jej rodziców i powiedziałem, żeby oni próbowali zwrócić się do lekarzy, bo wszystkie modlitwy o nią nie pomagają. (Później mogliśmy się przekonać, że w tym przypadku mieliśmy do czynienia z wypełnieniem się słów Pisma, mówiących o tym, że Pan działa ponad naszymi pragnieniami, prośbami i rozumieniem).

Mówiąc o tym, że zaproponowałem rodzicom Lidii konsultację z lekarzami, chcę podkreślić przez to, że my nie jesteśmy przeciwni pomocy medycznej i jesteśmy wdzięczni Bogu za to, że daje On lekarzom zdolności i wiedzę, żeby pomagali ludziom w ich cielesnych cierpieniach. W odpowiedzi na moją propozycję ojciec i matka chorej poprosili mnie, abym pojechał razem z nimi. Nie odkładając tego na później, pojechaliśmy z Lidią do pewnego dobrego specjalisty, który gruntownie ją zbadał i stwierdził ostre zakłócenie funkcji nerek. Zastosowano intensywne leczenie, które niestety nie dało żadnych rezultatów. Wtedy znów poszliśmy z wizytą do tego lekarza. Znowu zbadawszy Lidię, powiedział, że ma ona ciężki rodzaj szeroko rozpowszechnionej w Południowej Afryce choroby tropikalnej, dlatego trzeba ją bezzwłocznie i szybko hospitalizować, co też uczyniliśmy. Jednak pomimo wszystkich starań samopoczucie pacjentki polepszyło się tylko na krótki czas, po czym nastąpiło ostre pogorszenie, które pobudziło nas, abyśmy zwrócili się do innych, wyższych instancji medycznych. Ostatecznie postawiono diagnozę: ciężkie porażenie nerek, z powodu czego podjęto odpowiednie leczenie, które też nie miało powodzenia.

W tym czasie, chodząc od jednego lekarza do drugiego, nie mogliśmy zrozumieć tego, co się działo. Dopiero o wiele później, po tym, gdy Bóg podjął Swoją decyzję, zrozumieliśmy, co oznaczało wszystko, co przeżyła Lidia. Niestety, my, ludzie, tak jesteśmy krótkowzroczni i ślepi, że często jesteśmy niezdolni rozpoznać wolę Bożą w tym, co z nami się dzieje. Przy tym wydaje się nam, że wszystko idzie wspak, krzywdząco, niesprawiedliwie i absurdalnie, i jest jakimś głupim przypadkiem zwykłych okoliczności. W takich chwilach męki i rozpaczy, często niestety nie możemy zobaczyć w naszym nieszczęściu potężnej, kierującej ręki Tego, który wie i przewiduje wszystko naprzód.

Wypełniając polecenia lekarzy, dokładnie dając Lidii wszystkie lekarstwa, pomimo to z goryczą zauważyliśmy, że medykamenty nie tylko nie pomagały jej, lecz jakby jeszcze bardziej pogarszały jej i bez tego ciężki stan. Widząc grozę nadchodzącej śmierci, znowu pośpiesznie przewieźliśmy ją do szpitala. Nie ukrywając przed nami niebezpiecznego stanu, specjaliści powiedzieli, że rozwijają się u niej symptomy ciężkiej niewydolności serca, nerek i wątroby, i jeśli szybko nie położy się jej do szpitala, na pewno umrze. Po tym wniosku zapytałem rodziców Lidii, w jakim mieście i w jakim szpitalu chcieliby umieścić swoją córkę. Odpowiadając na to, ojciec powiedział, że chciałby, aby Lidia sama podjęła decyzję. Gdy zwróciliśmy się do dziewczyny, powiedziała, że jej pragnieniem jest jedno — aby ją zostawić w Kwasizabantu i jeśli tak się podoba Panu, by mogła umrzeć wśród bliskich i krewnych.

Zastanowiwszy się, wypowiedziałem myśl, że niełatwo będzie to urzeczywistnić, bo w misji zawsze jest dużo ludzi i wszystkie pomieszczenia są przepełnione. Lecz nagle przypomniałem sobie o naszym starym, oddalonym od innych zabudowań domku, do którego współpracownicy chodzili modlić się w samotności i nawiązywać ścisłą łączność z Panem. W ten sposób problem został rozwiązany i umieściliśmy śmiertelnie chorą dziewczynę w naszym domku modlitwy. Wkrótce zrozumieliśmy, że wszystko, co działo się z Lidią, było nieprzypadkowe i że Bóg, jeśli tak można się wyrazić, był zajęty tym, aby przez jej chorobę napisać dla nas pewną bezcenną księgę Jego objawienia.

W tym domku przy Lidii przebywali niektórzy z jej krewnych i ktoś ze współpracowników misji, kto krzątał się koło niej, starając się chociaż swoją troską i miłością ulżyć w męczących ją cierpieniach przedśmiertnych. Po paru tygodniach nie mogła już przyjmować pokarmu, prawie nic nie piła i cierpiała straszne bóle. Lecz, co dla nas było dziwnym i niezwykłym, im ciężej było jej na ciele i im bardziej natarczywe stawały się jej bóle, tym lepiej ujawniało się wewnętrzne życie duchowe, tym bliższy i wyraźniejszy był jej kontakt z Bogiem. To wszystko było dla mnie wielkim objawieniem Pańskim, gdyż w swoim życiu praktycznie ciągle stykałem się z tym, że im było gorzej z jakimś chorym, tym bardziej stawał się on nerwowym, zirytowanym, nieznośnym dla otoczenia, sprawiając tym samym, rzecz jasna, radość diabłu i smutek Bogu. Co zaś tyczy się przypadku z Lidią, to tutaj było odwrotnie: gdy na jej twarzy zauważyliśmy odbicie szczególnie silnych cierpień cielesnych, to cicho mówiliśmy jeden do drugiego: „Teraz musimy bardzo uważać na to, co ona mówi! Teraz będzie ona nas uczyć szczególnie głębokich prawd duchowych, które objawił jej Pan”. Siedzący przy jej łóżku zaczynali zapisywać to, co wypowiadały jej spieczone usta. Przez wiele dni i nocy, będąc w zachwyceniu, wciąż powtarzała: „O, tak! Droga do nieba to niełatwa droga!” Od czasu do czasu cichym i szeleszczącym szeptem przekazywała nam, co ujrzała, a my, wstrzymawszy oddech, wsłuchiwaliśmy się w jej prawie niewyraźne słowa: „Bóg pokazał mi drogę wiary, drogę Pana”.

Drodzy przyjaciele! Opowiadając teraz tę niezwykłą historię o czarnej dziewczynie, której Pan przed jej śmiercią zechciał pokazać dwie drogi, i która z Jego woli przeszła przez śmierć, a później znów została zwrócona życiu, w ogóle nie mam zamiaru pokazać na tym przykładzie wielkiego cudu Bożego, który dokonał się u nas. I chociaż to rzeczywiście cud, i większego, rozsądzając po ludzku, trudno sobie wyobrazić, ja pomimo to ciągle chcę powtarzać, że dla mnie i dla nas wszystkich, którzy zakosztowaliśmy przebudzenia duchowego, jest znacznie większym cudem, gdy do nowego życia w Chrystusie zmartwychwstaje martwy duchowo człowiek, ten, który zostaje wyciągnięty przez Boga z duchowego grobu oraz ze strasznej bezdenności grzechu i przekleństwa.

Nie będę wdawać się w szczegóły, opisując godziny przed śmiercią i śmierć Lidii, chociaż przewiduję z waszej strony pytania, które w takich przypadkach zadają mi ludzie w Europie Zachodniej: „A jak ona umierała? Czy to rzeczywiście była śmierć? Możliwe, że była to tylko śmierć pozorna, coś na podobieństwo snu letargicznego? Czy był przy tym lekarz, który by jako specjalista mógł rzeczywiście stwierdzić jej zgon? Czy i w naszych czasach może mieć miejsce wskrzeszenie z martwych?”

Uprzedzając te pytania, chcę powiedzieć, że nie zamierzam nikogo przekonywać, udowadniając prawdziwość tego, co się zdarzyło. Każdy może mieć na to swój pogląd osobisty. Ja zaś, będąc żywym świadkiem tego przypadku, chcę tylko podzielić się z wami tym, co widziały moje własne oczy i co mogły słyszeć moje uszy. A czy uwierzycie mojemu opowiadaniu, czy nie uwierzycie, to wasza sprawa.

To, co usłyszeliśmy od Lidii w dniach męcząco ciężkiej choroby przed jej śmiercią, przypominało mi słowa 24–go Psalmu i te nakazy, wskazówki i wyjaśnienia, które czytamy w 7 rozdziale Ewangelii według Mateusza. To przypominało także i to, co znaliśmy z książki Johna Bunyana „Wędrówka Pielgrzyma na Górę Syjon”, chociaż sama Lidia nigdy nie czytała i nic o niej nie wiedziała. Pan pokazał jej dwie drogi — szeroką oraz wąską i w obrazowej formie tak wyraźnie scharakteryzował je, że to, co ujrzała, może pozwolić wszystkim nam spojrzeć na nasze życie oczami Bożymi, ujrzeć swoje ziemskie chodzenie w świetle wieczności i określić, na jakiej drodze znajdujemy się obecnie.

Szeroka droga, którą widziała umierająca dziewczyna, była tak szeroka i przestronna, że po niej jednocześnie mogły iść tłumy ludzi. Miejsca było tak wiele, że każdy człowiek mógł swobodnie poruszać się razem z całym swoim dobytkiem, z tym wszystkim, co miał i co do niego należało. Takiemu pielgrzymowi mogli towarzyszyć jego żona, dzieci, krewni, przyjaciele i znajomi. Mógł wziąć z sobą całe swoje bogactwo, wszystko, co zgromadził i pozyskał podczas swojego ziemskiego życia. Po takiej drodze nie trudno było iść. Było to lekkim i przyjemnym zajęciem. Uwzględniano tu wszystkie uczucia ludzkie, doznania i okoliczności. Jeśli, na przykład, masz chęć pójść na nabożeństwo, to możesz tam pójść; jeśli czujesz się zbyt zmęczony, możesz pozostać w domu. Jeśli nagle poczujesz ból głowy, to można zlekceważyć zgromadzenie i wygodnie usadowiwszy się w fotelu przeglądać gazety, słuchać radia lub oglądać telewizję (Przy tym ból głowy, jak nie byłoby to dziwne, od razu znika). Na szerokiej drodze każdy mógł swobodnie przechadzać się to w jedną, to w drugą stronę, rozglądając się na boki. Nie trzeba być ostrożnym i czuwać podczas stawiania nóg. W ogóle tutaj czujesz się tak swobodnie, że możesz podskakiwać i tańczyć jak chcesz. Na tej drodze, według chcenia, można się modlić lub wziąwszy Biblię, dla uspokojenia sumienia przeczytać parę wersetów lub rozdziałów, a potem odłożyć ją na bok i zająć się przeglądaniem pisma lub gazety. Jest to droga odpowiadająca każdej potrzebie, smakowi i pragnieniu. Idąc nią, wróciwszy do domu można rozzłościć się na żonę, która przygotowała na obiad nie to, co byś chciał, powiedzieć w odpowiedzi na jej usprawiedliwienia „parę miłych słów” i dla większego wrażenia gniewnie wyjść z domu, głośno trzaskając przy tym drzwiami; a później, w ten sam dzień, kładąc się spać, przed snem w najpobożniejszy sposób klęknąć i wygłosić „świętą” modlitwę (przecież trzeba przed snem pomodlić się), po czym, nie zwracając uwagi na modlącą się obok żonę, wstać i powalić się do spania, demonstracyjnie odwracając się od niej. Następnego ranka — pierwsza rzecz, to znów na kolana, a potem znów do pracy, niosąc w sercu złość na swoją „bezmyślną” żonę. Tak, tak! Na szerokiej drodze można swobodnie dopuszczać do swego serca urazy, złość i gniew. Na niej spokojnie możesz obmawiać i plotkować. Na niej nie ma potrzeby przebaczać. W swoim sercu można mieć wszystko, co tylko jest możliwe, i to wszystko nosić w sobie. Na tej drodze można spokojnie spierać się i kłócić z bliźnimi i jak się mówi, powiedzieć wszystko, co o nich myślisz, po czym z czystym sumieniem pójść na nabożeństwo, rozumie się, nawet nie myśląc o pojednaniu. Tak więc, jak widzicie, szeroka droga, pokazana Lidii, była rzeczywiście bardzo szeroka! Możliwości na niej było ile chcesz, w tej liczbie i dla tych, którzy nazywają siebie dziećmi Bożymi. Interesującym byłoby zobaczenie, jak szeroka jest ta droga, po której ty idziesz, mój drogi przyjacielu!

Lidia widziała, jak po tej drodze szedł pewien człowiek, który wyglądał na wesołego i szczęśliwego. Przed chwilą wypił trochę czerwonego wina, tak mówiąc „dla ducha”, a teraz z radości śpiewał i tańczył, będąc w tak zwanym dobrym stanie ducha. Na zadane przez kogoś pytanie, dokąd idzie, nie namyślając się zaraz odpowiedział:

— Jakto dokąd? Czy nie widzisz? Do nieba, oczywiście! Po prostu nie jestem tak fanatyczny i zawężony w poglądach, jak są niektórzy! — Obejrzawszy się i zobaczywszy kogoś, kto w duchowej walce próbował znaleźć inną drogę, ten człowiek zaczął pouczać:

— Powiedz, na litość, dlaczego się trwożysz? Po co wszystko tak bierzesz sobie do serca? Wierz, że wyolbrzymiasz, a twoje obawy po prostu są śmieszne! Wszyscy jesteśmy słabymi ludźmi i wszyscy, co do jednego, to grzesznicy. Bóg nas i takich kocha. On po to też przyszedł na ziemię, aby odpuścić nam nasze grzechy. — Oto tak przekonywał kogoś i idąc obok wymachiwał rękami, udowadniając swoją rację, gdy nagle nieoczekiwanie wprost u jego nóg rozwarła się przerażająca przepaść, w którą obsunął się ze strasznym krzykiem, rozrywającym serce:

— Biada mi! Roztrwoniłem całe swoje życie! Gdzie znajdę teraz Jezusa? — W tym niesamowitym głosie słyszało się krzyk rozpaczy i upamiętania, lecz niestety było już za późno cokolwiek naprawić. Tak w przepaść obsunęła się jego nadzieja i tak przeszedł do wieczności.

Wielu z tych, którzy szli tą drogą, myślało, że idąc nią trafią do nieba, chociaż czynili w swoim życiu to, co chcieli. Było też dużo takich, którzy modlili się i na zewnątrz zawsze pokazywali swoją pobożność. Inni demonstrowali swoją ludzką szlachetność oraz moralną stałość i z poczuciem własnej godności, jakby spacerując, wolno poruszali się do przodu. Kogo tam nie było na tej drodze! Ludzie wszystkich narodowości i kolorów skóry! Przedstawiciele różnych grup i warstw społecznych! Szli lekarze i sędziowie, pastorzy i nauczyciele, sprzedawcy i złodzieje, filozofowie i teolodzy, ministrowie i robotnicy niewykwalifikowani. Każdy był spokojny i zadowolony z siebie, uważając, że w jego życiu wszystko jest w porządku. Niektórzy z nich, rzucając niekiedy spojrzenie w bok, widzieli z dala inną drogę, lecz za każdym razem mówili przy tym:

— Nie! Ta droga jest zbyt wąska! Za bardzo trudna, stroma i kamienista! Trzeba bardzo dużo wysiłku, aby ją pokonać! Dlaczego nie mamy pozostać na naszej drodze, jeśli tak czy inaczej osiągniemy cel? —

Trochę z boku od głównej masy ludzi, idących szeroką drogą, była jedna grupa, która nie chciała iść razem z innymi, nie zgadzając się ze światowymi sprawami, które widziała w ich życiu. Ludzie, należący do tej grupy, szukali innej drogi, lecz nie znajdowali jej. Zwracając się tu i tam, błądzili obok wąskiej drogi, lecz nie widzieli jej, gdyż byli dotknięci ślepotą duchową, której przyczyny nie dane było poznać umierającej dziewczynie.

Tak została pokazana Lidii szeroka droga. Lecz jakże inna w porównaniu z nią była wąska droga! Była ona tak wąska, że jednocześnie mogło nią iść tylko dwoje. I tymi dwoma byli — człowiek idący tą drogą i Pan Jezus. Na wąskiej drodze mąż nie mógł iść obok żony, a żona — razem z mężem. Rodzice nie mogli iść ze swoimi dziećmi, a dzieci — ze swoimi rodzicami. Każdy sam musiał zdecydować, czy pójdzie taką drogą i zdecydowawszy się na to, iść nią tylko z Panem. Ta droga podobna była do wąskiej ścieżki górskiej, kręto wznoszącej się do najwyższej wysokości. Była ona nie tylko nadmiernie wąska, lecz jeszcze kamienista i ciernista. Dużo gór jest na tej ziemi, ale jak mówiła nam Lidia, nie ma na świecie tak wysokiej i tak trudno dostępnej góry, jak góra Pana! Ona tak ciężka jest do wchodzenia, że ani jeden człowiek nie jest zdolny wejść na nią polegając na swoich siłach. To może urzeczywistnić się dopiero przy współdziałaniu Pana i przy Jego pomocy. Inaczej jest to niemożliwe.

Opowiadając to, Lidia podkreślała, że człowiek nie może nawet marzyć o tym, aby przejść tę drogę i wstąpić na górę Pana, jeśli ma połowiczne i rozdwojone serce, którym służy Bogu i diabłu. Niemożliwe jest to i dla tych, którzy w swoim chrześcijaństwie są niepoważni, lekkomyślni i powierzchowni, dla których służba Bogu jest tylko przyzwyczajeniem, zakonem lub tradycją. Tacy nie mają żadnych szans, by wstąpić na górę Pana i tam, na świętym miejscu, stanąwszy przed świętym i potężnym Bogiem, otrzymać błogosławieństwo i łaskę.

Wąska droga odchodzi od szerokiej drogi i rozpoczyna się ciasną bramą, przez którą trzeba było wejść. Ta brama była tak niezauważalna i wąska, że jeżeli człowiek przechodząc obok niej nie czuwał i nie modlił się, to łatwo mijał ją nie zauważywszy jej. Dlatego wśród idących ludzi było niedużo takich, którzy znajdowali tę drogę. Tak więc, jak widzicie, trzeba z uwagą szukać wąskiej drogi do zbawienia zanim ją się znajdzie. Oto dlaczego, kto w zagadnieniu wiary jest powierzchowny i obojętny, ten przechodzi obok wąskiej drogi nawet nie zauważając jej. Tylko ci, którzy jej z uporem szukają, czuwają i modlą się, zdolni są zauważyć ciasną bramę i przeszedłszy przez nią stanąć na wąskiej drodze.

Trudno jest nawet opisać, jak wąska jest ta droga. Dosłownie, cienki sznureczek. Iść po niej można tylko z dużą ostrożnością, stawiając nogę przy nodze, postępując po śladzie. Z prawej i lewej jej strony w dół spadały głębokie przepaście. Co by nie mówić, jest to bardzo ciężka droga, której towarzyszy wiele niebezpieczeństw. Spojrzawszy wysoko do góry można było zobaczyć, że na jej końcu, na samym szczycie góry ktoś stał. Był tam Ukrzyżowany! Wyciągając Swoje ręce na spotkanie idącym pielgrzymom, dobrotliwie przyzywał: „Zajdźcie tutaj! Przyjdźcie do Mnie!” Lecz tylko ten, kto nie poddając się całą drogę do końca szedł, walczył i zwyciężał, mógł wejść na górę Pana i stanąć przed potęgą Pańską.

Jak już mówiłem, na wąskiej drodze nie można było iść samemu. Tylko z Panem! Ani jednego kroku bez Niego! Bez Niego nie można było nic przedsięwziąć lub uczynić. Wszystko tylko z Nim. Na tej drodze tu i tam biegały lwy, które żywiły się tylko ludzkim mięsem. Jedynym ich dążeniem było zagryzienie jak najwięcej ludzi, idących tą drogą, a jedynym ratunkiem przed nimi była ścisła bliskość z Jezusem i całkowite przebywanie w Nim. Tylko wtedy lwy nie miały możliwości czynienia zła.

Przed oczami umierającej Lidii jeden za drugim powstawały osobliwe obrazy. W jakimś momencie ujrzała ona przed sobą dwie kobiety ubrane w białe szaty, przypominające habity. Na wąskiej drodze spotkały one Pana, który zapytał je: