powrót

List do zboru w Filadelfii

— Ale przecież u nas nie ma domu dla chorych i starców — próbowałem mu wyjaśnić. — To stacja misyjna, która jest miejscem głoszenia i modlitwy. — Jednak, nie słuchając moich wyjaśnień, lekarz położył słuchawkę i następnego dnia w towarzystwie sanitariusza przywiózł tego ciężko chorego. Spojrzawszy na niego, w myśli jęknąłem. Był to ten sam czarownik, który nie tak dawno przyszedł do nas.

— Co się z tobą stało? — ze zdziwieniem zapytałem.

— Ach, synku, sam nie rozumiem, co ze mną się stało. Jeszcze mi gorzej, niż było wcześniej.

— Ale jak to się stało?

— Wydaje mi się, że choroba mieszka w mojej chacie i gdy wróciłem tam, ona znów zawładnęła mną.

— No nie — roześmiałem się. — W to nie wierzę. Powiedz raczej, czy w czymś znów nie zgrzeszyłeś. Pan Jezus powiedział kiedyś usprawiedliwionemu grzesznikowi: „Oto wyzdrowiałeś; już nigdy nie grzesz, aby ci się coś gorszego nie stało” (J 5:14). Czy z tobą tak nie było?

— Nie. Po wyznaniu w niczym nie zgrzeszyłem.

— To, być może, wyznając swoje grzechy, coś ukryłeś i nie ujawniłeś? Czy wszystko wtedy wyznałeś? (Na marginesie chcę powiedzieć, że coś takiego zdarza się, gdy wyznając swoje grzechy, człowiek coś mówi, a coś zataja; a co najgorsze, przemilcza właśnie to, co jest najważniejsze i najbardziej obrzydliwe. Wyznania tego rodzaju nie przynoszą dobrego owocu i oczekiwanego uwolnienia. Są to, jeśli można tak się wyrazić, patologiczne przypadki duchowe. Przecież wiecie, że w życiu, w przypadku normalnego porodu, dziecko rodzi się na świat, wychodząc z łona matki w ten sposób, że najpierw pojawia się jego najtwardsza i największa część — główka. Jeśli pierwsza jest rączka lub nóżka, wtedy życie noworodka jest w niebezpieczeństwie. Tak samo i duchowe narodziny powinny odbywać się normalnie. Wyznając, trzeba zacząć od największych i najbardziej odrażających grzechów. I mówiąc nie kręćcie w koło, ale nazywajcie rzeczy po imieniu. Jeżeli mieliście śmiałość grzeszyć, to też miejcie odwagę ujawnić to, wyciągając na światło dzienne nie ćwierć i nie połowę tego, co zostało uczynione, ale wszystko, tak jak było. Gdy zaś zostanie ujawnione najważniejsze, to pozostałe pójdzie bez szczególnych trudności, jak coś, co się rozumie samo przez się. Ujawniając grzech nie starajcie się wybielać i usprawiedliwiać go, a tym bardziej obwiniać o to innych. Wtedy lepiej w ogóle nie wyznawać. Jeśli już postanowiłeś się ujawnić, to stań taki, jaki jesteś. Nie zapominaj, że w tym momencie stoisz przed Tym, który był niewidocznym świadkiem tego i dlatego wszystko wie. Tak więc, to, co zataisz, nie dopowiesz i wybielisz będzie jeszcze jednym grzechem, który pociągnie za sobą oskarżenie ciebie).

Tak więc, wiedząc o takiej możliwości, zapytałem byłego czarownika, czy wszystko ujawnił podczas swojego wyznania, na co on nie namyślając się odpowiedział twierdząco.

— Być może wracając od nas do domu poróżniliście się z żoną i kłóciliście się, dopuściwszy do serca urazę i zmartwienie? (Niestety, nie jest to rzadkie zjawisko. Często między małżonkami powstają podobne sprzeczki i nawet kłótnie z powodu głupstw. Coś nie tak — i już konflikt, poróżnili się, pogniewali się. Czy należy się dziwić, że krótko po weselu życie takich oto, kochających się kiedyś ludzi, zmienia się we współżycie kota i psa? Patrzysz na nich i mimowolnie nasuwa się pytanie: dlaczego oni w ogóle się pobrali? Kilka miesięcy temu lub lat tak bez pamięci kochali się wzajemnie, że ani sprzeciw rodziców, ani przekonywanie bliskich, ani ostrzeżenia przyjaciół nie mogły powstrzymać ich przed decyzją małżeństwa. Do wesela nie mogli napatrzyć się na siebie, a teraz nie chcą widzieć jeden drugiego. O, gdyby coś takiego miało miejsce tylko wśród ludzi tego świata! Ku naszemu wstydowi, często spotyka się to i wśród tych, którzy, nazywając siebie chrześcijanami, są członkami zboru. Myślę, że rozumiecie teraz, dlaczego zapytałem tego człowieka o jego wzajemne stosunki z żoną).

— Nie — przecząco pokręcił głową. — Między nami nie było kłótni.

— Możliwe, że później zawołałeś ją do siebie lub powiedziałeś, żeby coś robiła, a ona nie od razu posłuchała, w rezultacie czego w twoim sercu pojawiło się niezadowolenie i irytacja? Przecież to nie tajemnica, że wielu mężów cierpi na to.

— Nie — dalej zaprzeczał chory. — Nic podobnego nie było.

— Czy rzeczywiście nic w ogóle nie było? — dalej się pytałem.

— Nie. Nic. (Należy się tylko dziwić, jak niektórzy ludzie umieją kłamać, przedstawiając siebie prawie jako aniołów).

— No, — powiedziałem — w takim przypadku wiążesz mi ręce i nogi. W Liście Jakuba, 5:14–16, jest powiedziane, że chorzy powinni wyznawać swoje grzechy, po czym następuje modlitwa o ich uzdrowienie. Tak więc, musimy zaczynać od tego, od czego rozpoczyna Pan, a nie odwrotnie. Dlatego będę się modlić o uzdrowienie dopiero po tym, gdy strona duchowa twojego życia będzie w porządku.

Po kilku dniach, będąc w swoim gabinecie, usłyszałem nagle głośny krzyk i przenikliwe wołanie. Pomyślawszy, że jakiś chory psychicznie kogoś bije, wybiegłem z domu i zobaczyłem, że przed budynkiem szpitalnym tłoczą się ludzie. Duże pomieszczenie, w którym leżeli mężczyźni, było przepełnione i musiałem przeciskać się dosłownie między stojącymi. Przed moimi oczami ukazał się taki widok: stary czarownik siedział na pościeli, opierając się plecami o ścianę. Zwisające z łóżka nogi były szeroko rozstawione. Na twarzy, wypełnionej niewypowiedzianym strachem, niesamowicie błyszczały wybauszone oczy, które, wydawało się, że zaraz wyjdą z orbit.

— Co się tu dzieje? — krzyknąłem, starając się przekrzyczeć rozdzierające duszę krzyki chorego. Rzuciła się ku mnie jego żona ze słowami:

— O, synku! Co teraz będzie ze mną? Ja przecież zawsze usprawiedliwiałam go, gdy nagle umarł nasz sąsiad; a teraz on publicznie mówi, że zabił go! — Ten czarownik, który przez całe swoje życie nie był w kościele, nigdy nie czytający Biblii i nie słyszący ani jednego kazania, siedząc na łóżku z przerażeniem krzyczał:

— O! Krew tego człowieka woła do nieba, wykrzykując moje imię! Ja zabiłem go! Ale przecież nikt tego nie widział! Ja wiem, że byłem z nim sam! A teraz Ten, którego imię Prawdziwy, mówi, że On był obecny przy tym i jest świadkiem tego, że jestem mordercą! —

Widzicie, przyjaciele. Czarownik nic nie wiedział o Tym, który jest ciągłym świadkiem wszystkiego, co się odbywa. Nie miał on nawet najmniejszego wyobrażenia o Tym, który w liście do zboru w Filadelfii nazywa siebie Prawdziwym. Nie wiedział też tego, że krew zabitego może wołać do nieba, podobnie jak krew Abla. Wszystkie te biblijne prawdy poznał on znajdując się w stanie niewyobrażalnego strachu, odbijającego się w jego oczach, rozszerzonych do granic możliwości. Minęło parę minut i znów rozległ się krzyk:

— O, zgrozo! Teraz zaczęła wołać do nieba krew innego człowieka, którego też zabiłem! Biada mi! Biada mi! O, co mnie czeka za to! — Później zaczął wyliczać imiona kobiet, z którymi cudzołożył, żądając, aby one swoim ciałem płaciły za okazaną im pomoc czarnoksięską. Usłyszawszy, że wykrzykuje on wszystkie obrzydliwe szczegóły swego cudzołóstwa, nakazałem wszystkim dzieciom i nieżonatym opuścić pomieszczenie, aby nie wysłuchiwali tego brudu. A stary czarownik, prawie nie przestając, dalej wymieniał coraz to nowe imiona. Teraz wyliczał dziewczęta, które zbezcześcił. Później zaczął opowiadać o tym, co, gdzie i jak ukradł. Wszystko to robił wbrew swojej woli. Wydawało się, że ktoś niewidoczny przymuszał go do tego. Niekiedy pracownicy misji próbowali powstrzymać to publiczne wyznanie, jednak czym bardziej prosili go, aby zamilkł, tym głośniej wykrzykiwał swoje bezprawie. Pewna młoda pracownica, zbliżywszy się do niego, powiedziała:

— Proszę, dziadku! Wyznawaj swoje grzechy w samotności i proś Pana o przebaczenie. Być może okaże On tobie jeszcze raz Swoją łaskę. — Spojrzawszy na nią otępiałymi oczami, starzec nagle konwulsyjnie wyciągnął swoją rękę, próbując schwycić ją poniżej pasa. Przerażona, odskoczywszy od niego, wykrzyknęła: — Dziadku, upamiętaj się! Co robisz? — na co on ochrypłym głosem odpowiedział:

— Ktoś mi teraz powiedział: Dopełnij kielich swego bezprawia i zejdź do piekła! — Były to jego ostatnie słowa. Wydając ostatni, pełen śmiertelnego przerażenia krzyk, upadł na poduszkę i zmarł. Wydawało się, że w jego znieruchomiałych, szeroko otwartych oczach odbijało się samo piekło. Wszyscy znajdujący się w tym pomieszczeniu wstrząśnięci milczeli. Każdy miał takie uczucie, że stał się świadkiem ostatniego dnia sądu, który się dokonał nad tym człowiekiem już tu na ziemi. Podszedłem do współpracownika, który parę tygodni temu przyjmował jego wyznanie, i cicho zapytałem:

— Ja nie chcę wiedzieć tego, co on wtedy wyznawał. Interesuje mnie tylko jedno: czy mówił on tobie o grzechach, które przed chwilą głośno wykrzykiwał?

— Nie! — usłyszałem w odpowiedzi. — Ujawnił bardzo wiele, ale o tym nie wspomniał ani słowem. To wszystko zataił. —