powrót

List do zboru w Filadelfii

 A teraz przejdźmy do rozważenia szóstego listu Pana Jezusa Chrystusa, listu do społeczności miasta Filadelfii. Znajduje się on w 3 rozdziale Objawienia od 7 do 13 wersetu: „A do anioła zboru w Filadelfii napisz: To mówi Święty, prawdziwy, Ten, który ma klucz Dawida, Ten, który otwiera, a nikt nie zamknie, i Ten, który zamyka, a nikt nie otworzy. Znam uczynki twoje; oto sprawiłem, że przed tobą otwarte drzwi, których nikt nie może zamknąć; bo choć niewielką masz moc, jednak zachowałeś moje Słowo i nie zaparłeś się mojego imienia. Oto sprawię, że ci z synagogi szatana, którzy podają się za Żydów, a nimi nie są, lecz kłamią, oto sprawię, że będą musieli przyjść i pokłonić się tobie do nóg, i poznają, że Ja ciebie umiłowałem. Ponieważ zachowałeś nakaz mój, by przy mnie wytrwać, przeto i Ja zachowam cię w godzinie próby, jaka przyjdzie na cały świat, by doświadczyć mieszkańców ziemi. Przyjdę rychło; trzymaj, co masz, aby nikt nie wziął korony twojej. Zwycięzcę uczynię filarem w świątyni Boga mojego i już z niej nie wyjdzie, i wypiszę na nim imię Boga mojego, i nazwę miasta Boga mojego, nowego Jeruzalem, które zstępuje z nieba od Boga mojego, i moje nowe imię. Kto ma uszy, niechaj słucha, co Duch mówi do zborów”.

Słowo „filadelfia” oznacza „braterska miłość”. Niektórzy teolodzy uważają, że ta miejscowość została tak nazwana po tym, gdy powstała tam społeczność chrześcijańska, w której królowała miłość między członkami. Inni badacze Biblii twierdzą, że to miasto otrzymało swoją nazwę od króla o imieniu Atalus Filadelfus, który panował tam w 17 roku po narodzeniu Chrystusa. Jednak nie jest to ważne, skąd powstała nazwa miasta. Najważniejsze, że społeczność znajdująca się tam była jedyną, która w niczym nie została zganiona przez Pana. Już nieraz miałem okazję głosić w społecznościach, które nazywały się „Filadelfia”, jednak ani razu nie byłem i nie słyszałem o zborze, który nazywałby się „Laodycea”. Oczywiście, możemy nadawać dobre nazwy naszym zborom, społecznościom i misjom. Tylko, jeśli ta nazwa nie odpowiada życiu, uczynkom i zachowaniu znajdujących się tam członków lub pracujących w nich współpracowników, wtedy jest to kłamstwo i powód do szyderstw oraz obmowy ze strony świata. Wiele lat temu u nas w Południowej Afryce był pewien kaznodzieja, nazywający się Andrew Murray. Przeżywszy przebudzenie duchowe, głosił on tak, że wielu słuchających go mówiło:

— Nie, on za daleko się zapędza i za wiele wymaga. Ani jeden człowiek nie może żyć tak, jak on głosi. — I oto kiedyś do niego do domu zostali wysłani dwaj bracia, którzy postanowili pomieszkać u niego dwa tygodnie, aby zobaczyć, jak wygląda jego własne życie, czy jest ono takie, jak on im głosi. Gdy minął ten czas, powróciwszy, powiedzieli:

— Bracia! On głosi zaledwie połowę z tego, jak żyje! — Zatem, oczywiście, można zrozumieć, dlaczego ten człowiek mógł być naczyniem godnym Pana i przez Niego używanym.

Zwracając się do społeczności w Filadelfii, Bóg objawia się im jako Święty, Prawdziwy i mający klucz Dawida. Takim On był, jest i pozostanie na zawsze. Zastanówmy się nad każdym poszczególnym z tych określeń, którymi charakteryzuje Siebie Bóg. Pan Jezus jest święty i tej Jego świętości nie można opisać ludzkimi słowami. Ciągle słyszymy, że Bóg jest miłością. Tak rzeczywiście jest, jednak ten Bóg miłości jest jednocześnie i świętym Bogiem, nie tolerującym nic nieświętego i nieczystego. Sprawiedliwość Boża jest równie wielka, jak Jego miłość. „Ja jestem Bóg Święty” — tak przedstawia Siebie Pan zborowi w Filadelfii. Przypomnijcie sobie słowa tego Boga, skierowane do Mojżesza, stojącego przed płonącym krzewem na pustyni: „Zdejm z nóg sandały swoje, bo miejsce, na którym stoisz, jest ziemią świętą” (2Mo 3:5). Usłyszawszy nakaz Boży, Mojżesz bezzwłocznie to uczynił. Na jego sandałach na pewno było błoto i pył dróg, a także nawóz owiec; przecież wtedy był on pasterzem. A wy, przyjaciele? Czy zdejmujecie, w sensie duchowym, swoje „brudne sandały”, gdy przychodzicie na zgromadzenie do domu Bożego — w miejsce, gdzie przez Swoje Słowo mówi do was Pan? Być może tydzień przedtem lub nawet dzień przed zgromadzeniem zabrudziliście się, pokłóciliście z żoną, nakrzyczeliście i zirytowaliście się na dzieci, osądziliście swojego bliźniego i zrobiliście jeszcze wiele innego, co mogło zasmucić waszego Zbawiciela. Czy doprowadziliście to do porządku? Czy oczyściliście się w krwi Chrystusowej, wyznając to i głęboko się upamiętując? Czy zdjęliście z siebie te „splugawione sandały”, w których nie można stać przed Panem i Jego Słowem, czy też tak jest, że oblepieni nawozem i błotem grzechu, przychodzicie na nabożeństwo i jakby nigdy nic zaczynacie śpiewać pieśni, modlić się i słuchać kazania, zapominając, że Bóg, który jest święty, nie może tolerować tej obłudy? Powiedzcie, jak długo jeszcze będziecie odgrywać ten pobożny spektakl? Jak długo będziecie doprowadzać Pana do gniewu swoją nieczystością, stojąc na Jego świętym miejscu?

Gdy do nas mówi Bóg, nie możemy liczyć się ani ze swoimi uczuciami, ani ze swoim rozumieniem i wyobrażeniem. Wtedy potrzebne jest tylko jedno — być posłusznym, wykonując to, czego On żąda. Tego należy się nauczyć, jeśli chcemy mieć do czynienia z Tym, który jest świętym Bogiem. Przed Jego słowem i nakazem wszystko pozostałe w nas musi zamilknąć.

Gdy prorok Izajasz, będący najznakomitszym ewangelistą swoich czasów, wzywający lud Boży do uświadomienia sobie swoich grzechów, upamiętania i oczyszczenia, spotkał się twarzą w twarz ze świętością wysoko wywyższonego w Swojej świątyni potężnego Boga i usłyszał okrzyki serafów: „Święty, święty, święty jest Pan Zastępów”, to w trwodze i z drżeniem wykrzyknął: „Biada mi! Zginąłem, bo jestem człowiekiem nieczystych warg” (Iz 6:1–5). Tak więc, jeżeli Bóg objawia Siebie człowiekowi w Swojej wstrząsającej świętości, wtedy nie tylko pijacy i cudzołożnicy, ale i głosiciele ewangelii gotowi są w strachu krzyczeć: „Biada mi! Zginąłem!” W tym momencie, gdy Izajasz ujrzał chwałę Bożą i poznał Jego świętość, pierwsze, co zobaczył u siebie, to nieczyste usta, które zdolne były przesadzać i kłamać. A wy, przyjaciele? Czy uświadomiliście już w sobie ten grzech: nieczystość swoich ust? Czy wiecie, że wyolbrzymiając i upiększając rzeczywistość, kłamiecie? Prawda połowiczna jest gorsza od najobrzydliwszego kłamstwa. Kryje ona w sobie duże niebezpieczeństwo i dlatego tak chętnie jest wykorzystywana przez diabła do zwiedzenia dusz. Gdy czysta trucizna znajduje się w butelce z naklejoną na niej etykietką, na której znajduje się czerwony napis ostrzegający: „Uwaga! Trucizna”, wtedy i dziecko będzie ostrożne. Natomiast jeśli małą ilość tej trucizny dodać do pożywienia, wtedy jest to szczególnie niebezpieczne. Kłamstwo zmieszane z prawdą działa na duszę człowieka podobnie jak trucizna. Oto dlaczego pierwszą rzeczą, którą uświadomił sobie prorok podczas widzenia chwały i świętości Bożej, była nieczystość jego warg. Stąd też jego pełny trwogi i przerażenia krzyk: „Biada mi! Zginąłem!” Te słowa nie były obłudne ani okazaniem pobożności. Nie, ten człowiek w mgnieniu oka mógł poznać swój zgubiony stan. I właśnie uświadomienie sobie naszego prawdziwego stanu jest tym, czego najbardziej pragnie Pan. Gdy tylko prorok doszedł do tego, Bóg od razu posłał Swojego anioła, który dotknąwszy ust Izajasza rozżarzonym węgielkiem z ołtarza, rzekł: „Oto dotknęło to twoich warg i usunięta jest twoja wina, a twój grzech odpuszczony”. Powiedz mi, przyjacielu, czy miałeś kiedykolwiek podobne spotkanie z Panem? Czy objawił On tobie Swoją świętość, w świetle której mogłeś poznać swoje grzechy i cały opłakany stan twojej sytuacji duchowej? I czy krzyczałeś już: „Biada mi! Zginąłem”? Jeśli tego nie miałeś, to jeszcze jesteś zgubionym. Tylko przez te drzwi uświadomienia sobie swojej grzeszności i głębokiego upamiętania można wejść do Królestwa Niebieskiego. Niestety, wielu wierzących szuka dziś innego wejścia do niego, zapominając, że takich Słowo Boże nazywa złodziejami i zbójcami (J 10:1). O, iluż jest obecnie takich, którzy przychodzą do Chrystusa ze względu na uzdrowienie z choroby lub jeszcze jakiegoś innego cudu! Nieznana jest im świadomość grzeszności i nie chcą oni słyszeć o konieczności oczyszczenia. Ci ludzie nie przeżyli spotkania z żywym Bogiem i dlatego nie mają najmniejszego pojęcia o Jego świętości. Przyjaciele! Są tylko jedne drzwi, przez które musimy wejść, a jest to Jezus Chrystus. A On jest Bogiem świętym. Świętość zaś zawiera w sobie wszystko. I jeśli służymy takiemu bogu, który nie wymaga od nas świętości, wtedy nie jest to prawdziwy Bóg.

Przez cały czas przebudzenia w Południowej Afryce ciągle mogliśmy być świadkami Bożej świętości. Maleńkie dzieci płacząc gorzko przychodzą wyznawać, gdyż ich serce wypełnione jest świadomością swojej grzeszności. U nas na stacji misyjnej była mała sześcioletnia dziewczynka z plemienia Zulu, na której spoczywało szczególne błogosławieństwo Boże. Było to dziecko, które można było zawsze postawić jako przykład innym dzieciom; tak nieskalane i pełne bojaźni Bożej było jej życie i zachowanie. I tak, gdy ta dziewczynka przeżyła spotkanie z Panem, ona, przybiegłszy do mnie cała w łzach, mówiła:

— Pan objawił mi się w Swojej świętości i ujrzałam całą swoją grzeszność! Moje grzechy podobne są do ogromnej góry. Jest ich tyle, ile jest piasku na brzegu morza! — Słuchając tych słów sześcioletniego dziecka, byłem wstrząśnięty. Gdy została jej ukazana świętość Boża, ujrzała ona swoje grzechy nie oczami ludzkimi, ale oczami Pana — w świetle wieczności. W obecności Bożej nasza sprawiedliwość wygląda jak splugawiona szata lub, być może, jak brudna szmata do podłogi. „Święty, święty, święty jest Pan Zastępów!” — wołały serafy, które widział prorok Izajasz. Drodzy przyjaciele, jeżeli nie przeżyliśmy tej świętości Bożej tu na ziemi, to mało jest prawdopodobne, że uda się nam ujrzeć ją w wieczności. Właśnie taki święty Bóg przedstawia się społeczności w Filadelfii.

Dalej następuje drugie określenie, którym charakteryzuje Siebie Bóg: Prawdziwy, to znaczy Ten, który sam jest prawdą. On jest pierwszy i ostatni, początek i koniec. Przed Nim nie ma nic ukrytego. On jest ciągłym świadkiem wszystkiego, co myślimy, mówimy, zamierzamy i czynimy. Przed Jego wszystko widzącym okiem nie może nic się ukryć. Ani szczelnie zasłonięte okna, ani zamknięte drzwi, ani gęstwina leśna, ani najbardziej ukryte miejsca nie mogą odgrodzić i schować nas przed Tym, który jest światłością przenikającą wszystko. Kiedyś do Kwasizabantu przyszedł czarownik. Trzeba powiedzieć, że ludzie związani z ciemnymi mocami piekła są obciążeni strasznymi grzechami. Przez to nie chcę oczywiście powiedzieć, że u Boga istnieje podział na małe i duże, mało istotne i ciężkie grzechy. Oczywiście, że w Jego oczach grzech jest grzechem. Ale, mówiąc po ludzku, grzechy związane z okultyzmem są rzeczywiście straszne. Dla czarnoskórych pogan służenie mocom ciemności jest główną treścią ich życia. Oddają się temu całkowicie. Często myślę, że gdybyśmy my, chrześcijanie, tak samo poważnie podchodzili do naszej służby Panu, to dziś w chrześcijaństwie wszystko wyglądałoby inaczej. Tak więc, zobaczywszy tego czarownika, podszedłem do niego i przywitawszy się zapytałem, co go do nas sprowadziło.

— Bóg posłał mnie tutaj — powiedział — abym doprowadził do porządku swoje życie.

— Bóg?! — ze zdziwieniem przerwałem. — Ale jak mogłeś Go widzieć i jak On do ciebie mówił?

— On przemówił do mnie we śnie — wyjaśnił czarownik — objawiając mi, że wkrótce umrę i biada mi, jeśli stanę przed Jego świętym obliczem nie oczyściwszy mojego życia z grzechów. Dlatego przyszedłem, aby wyznać i nazwać po imieniu wszystko, co zrobiłem.

— Dobrze — powiedziałem. — Oto nasz współpracownik. Pójdź z nim do osobnego pokoju i tam opowiesz wszystko, co leży ci brzemieniem na sercu, a później on pomodli się o ciebie. —

Po długotrwałym wyznaniu ten człowiek znów przyszedł do mnie z prośbą o modlitwę o jego cielesne niedomagania. Po tym, gdy to uczyniłem, powiedział, że podczas modlitwy całą swoją istotą odczuwał moc Bożą, która przeszła przez jego ciało.

— Tak mi lekko teraz! — radośnie wykrzyknął. — Moja dusza i ciało otrzymały uzdrowienie. Jakbym na nowo się narodził! —

Widząc ogromną przemianę, która zaszła w mężu, żona, która z nim przyszła, zaczęła prosić, aby się modlić też o jej uzdrowienie cielesne.

— Nie, nie, matko! — odmówiłem. — Tak się nie robi. Najpierw dusza musi się oczyścić i uzdrowić z trądu grzechów, a później dopiero ciało. Czy już oczyściłaś się i doprowadziłaś do porządku swoje życie?

— Nie , tego jeszcze nie zrobiłem.

— To idź i zrób to. Zacznij od najważniejszego, a później, jeśli Pan zechce, dokona i tego, co drugorzędne. — Tak podchodzimy do tego problemu, przyjaciele. Serce, porażone trądem grzechu, przedstawia znacznie większe niebezpieczeństwo niż nasz artretyzm, bronchit czy jakaś inna choroba. Przecież choroba często zbliża nas do Boga, natomiast grzech oddziela od Niego.

I oto, po głębokim wyznaniu tej kobiety, nad nią też odmówiliśmy modlitwę. Mąż i żona wprost lśnili ze szczęścia.

— No, teraz możemy wracać do domu — powiedział mąż.

— Dlaczego tak się śpieszycie? Byłoby dobrze, gdybyście u nas zostali jeszcze kilka dni — próbowałem go zatrzymać.

— Nie, nie. Dostałem wszystko, co chciałem, a teraz chcę tylko do domu. —

Od tego wydarzenia minęło kilka tygodni, gdy nagle zadzwonił do mnie główny lekarz pewnego szpitala i powiedział, że chce przywieźć do nas jednego ciężko chorego, starego człowieka.